wtorek, 26 marca 2013

Trochę inaczej na języku niemieckim!


Co nasi uczniowie robią na lekcjach języka niemieckiego? Uczą się niemieckiego, oczywiście!;) Ale w jaki przyjemny sposób! Sami przeczytajcie!

Eiersuchen czyli polowanie na jajka!
Wielkanocne poszukiwanie jajek jest świąteczną zabawą dla dzieci popularną m.in. w Niemczech. Na jednej z lekcji języka niemieckiego postanowiliśmy wykorzystać ten zwyczaj i zorganizować „pisankowe podchody”.
A oto relacja Annemarie:
Jaka miła potrafi być drobna odmiana.
W zupełnie normalną i niewyróżniającą się środę klasa 3 gimnazjum przyszła na lekcję niemieckiego. Niczego się nie spodziewając, usiedliśmy w swoich ławkach i czekaliśmy, aż przyjdzie nauczycielka. Po kilku minutach P. Piątkowska przyszła z jakąś teczką i ku naszemu zaskoczeniu kazała nam wyjść z klasy. Rozumiemy, że nie należymy do najgrzeczniejszych, ale żeby tak od razu i do tego wszystkich wypraszać… Dość dziwne, ale byliśmy na tyle zszokowani, że posłusznie wyszliśmy. Po krótkiej chwili Pani zaprosiła nas z powrotem do klasy. Bardzo tajemniczo spytała, czy znamy jakieś niemieckie tradycje związane z Wielkanocą. Odgadliśmy od razu – szukanie jajek czekoladowych. Niestety, Pani od razu powiedziała, że chodzi o szukanie jajek, ale w naszej zabawie nie będą one czekoladowe. Troszkę poczuliśmy się zawiedzeni, ale Pani szybko podzieliła nas na drużyny i zapomnieliśmy o tym minusie. Każda grupa miała za zadanie znaleźć 5 „jajek” , czyli kopert. We wszystkich kopertach, oprócz ostatniej znajdowało się zadanie do wykonania oraz instrukcja, jak dojść do kolejnego jajka. Każdy zespół miał podobne zadania, ale inne tematy. Musieliśmy między innymi nagrać scenkę, napisać wiersz, narysować oraz opisać ulubionego nauczyciela, poukładać sylaby, tak aby powstały z nich słowa, rozwiązać krzyżówkę. Po skończonej grze praca została oceniona (bardzo korzystnie, bo wszyscy dostaliśmy 5). Jak widać drobna odmiana może być nie tylko przyjemna, ale również dużo nas nauczyć. Proponuję, aby inni nauczyciele też spróbowali trochę inaczej podejść do swojego przedmiotu, bo my – uczniowie naprawdę potrafimy współpracować i każdy wysiłek nauczyciela doceniamy, chociaż może nie zawsze to pokazujemy.


Z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocnych życzymy wszystkim:
FROHE OSTERN!







czwartek, 21 marca 2013

Kolejni absolwenci wspominają nasze liceum - świetny wywiad Ani i Weroniki.

W lutym gościem Dyskusyjnego Klubu Filmowego była p. Katarzyna Budzyńska - instruktorka nauki jazdy, szkoleniowiec, pracownik Automobil Klubu i... absolwentka naszego liceum.

Wywiad z nią przeprowadziły Ania Redeł i Weronika Dziatkowska z klasy drugiej gimnazjum.




- Jak wspomina Pani początki szkoły?
  • Cóż, nauka w barakach była ciekawym okresem w życiu chyba wszystkich. To był trochę taki mały koniec świata. Dopiero teraz rozwijają się na Młocinach jakieś sklepy, osiedla, cywilizacja tu dotarła. A wtedy jechało się i jechało… mijało się co najwyżej jakieś drzewka, krzaki… i po pewnym czasie wyłaniały się te nasze baraki. Na pewno było oryginalnie, chyba nikt tak nie zaczynał. Dzięki temu też nigdy nie było... "szkolnie". Tutaj atmosfera była zawsze bardziej domowa...
- Jak zmieniła się szkoła przez te lata?
  • Oj, bardzo się tu zmieniło. Na pewno tam gdzie macie pokój nauczycielski, był gabinet pani dyrektor. A przy schodach, tam gdzie teraz macie sekretariat, była szatnia. Pamiętam też, że mieliśmy radiowęzeł. Puszczało się w nim muzykę, było to też takie miejsce spotkań tych „najfajniejszych”.
    Zmiany są na pewno na lepsze. O wiele fajniej wszystko wygląda, przede wszystkim jest nowe. Wy macie nowoczesne okna, my mieliśmy stare, drewniane, które trzeba było zatykać na zimę, żeby nie wiało. Pamiętam, jak latem wszystkie ławki wyjeżdżały pod okno, a zimą wszyscy wracali pod drzwi, bo było cieplej.
- Co uczniowie robili na przerwach?
  • Zależało to od pory roku, humoru, od wieku przede wszystkim. Pamiętam, że jesienią zgarniało się liście w takie duże kupki, no i najlepszą zabawą było tarzanie się w tych liściach i rozsypywanie wszystkiego. Poza tym, robiło się żarty nauczycielom… Pamiętam panią polonistkę, której nie lubiliśmy i koniecznie chcieliśmy się jej pozbyć. Pewnego pięknego dnia ktoś wymyślił zmoczenie pani krzesła. Nauczycielka przyszła na lekcję, usiadła na krześle i siedzi... Dzielna była, wytrzymała dobre pół godziny, ale potem odpuściła. Wstała, wyszła, i więcej jej nie widzieliśmy.
    Żarty były też na religii: pamiętam na przykład, jak w środku lekcji wyciągałyśmy z koleżanką dywan z szafy i udawałyśmy modlące się muzułmanki. Śmiesznie było też podczas przysposobienia obronnego: nauczyciel przyniósł nam maski gazowe, w których urządzaliśmy wyścigi. Do dziś wspominam ze śmiechem bieganie po szkolnym boisku w masce, w której wyglądałam jak słoń.
    - Czy pamięta pani w związku z tymi żartami największą szkodę wyrządzoną przez pani klasę?
    - Nie przypominam sobie żadnych wielkich szkód. Pisaliśmy po oknach, na pewno były jakieś dziury w ławkach wydłubane z nudów cyrklem, ale wydaje mi się, że bardziej szanowaliśmy to nasze wyposażenie, bo było ono efektem naszej pracy - na pytanie do dyrekcji czy możemy mieć na przykład zielone szafki albo półki, odpowiedź brzmiała: „No to sobie pomalujcie”. I malowaliśmy. Własnej pracy raczej nikt nie niszczył.
- W jaki sposób karano złe zachowanie?
  • Oczywiście standardowo: uwagi do dzienniczka. A oprócz tego..? Czasem wycieczkę nam odwołali, nawet nie pamiętam za co, ale zdarzało się. Mieliśmy iść do kina, czy do muzeum, wiadomo, każdy się cieszy, bo lekcji nie będzie. A tu „kicha”, zostajemy w szkole. Na lekcjach nauczyciele brali do odpowiedzi, czasem niezapowiedzianą kartkówkę robili...
- Malowanie paznokci, makijaż, farbowanie włosów - czy to było dozwolone?
- Do pewnych granic na pewno tak. Blady kolor na paznokciach nie robił żadnego problemu. Ale pamiętam, gdy kiedyś pomalowałam je na niebiesko, to dostałam burę. „Ochrzaniła” mnie wtedy matematyczka, przy tablicy. Nie pamiętam dokładnie, co powiedziała, ale przesłanie było takie, że bardziej skupiam się na malowaniu paznokci niż na uczeniu się matematyki, naprawdę ostro się o tym kolorze wyraziła.
Dziś wy macie szansę pod tym względem zaistnieć. My tak naprawdę torowałyśmy wam drogę, starałyśmy się przekonać nauczycieli, że mając niebieskie paznokcie, nie muszę mieć pusto w głowie. Zdałam maturę na piątkę, chyba aż tak źle nie było.
-Co z przerwami? Co jedliście w szkole? Były obiady, sklepik?
- Była stołówka, ale w budynku podstawówki. Tutaj był tylko ten sklepik, w którym królowały różnej maści batony, chipsy. Później dopiero zaczęły wchodzić kanapki, tego typu rzeczy.
- A jak sklepik był prowadzony?
  • Prowadzili go uczniowie, zawsze niby był opiekun, który pilnował rozliczeń i w miarę to organizował, trzymał nad tym pieczę, ale on też nie siedział w tym sklepiku na przerwach. Generalnie uczniowie prowadzili go samodzielnie.
- Czyli tak jak teraz. A co z lekcjami? Jaki sposób pracy podczas zajęć lubiła Pani najbardziej?
  • Lekcje generalnie prowadzone były w formie wykładu, czasem jakieś notatki z podręcznika. Jednym z lepszych był ten z historii, napisany bardzo prostym, przyjaznym językiem, do dzisiaj go zresztą jeszcze mam. Przyznam się, że z historii byłam „noga”, pan Sławek na pewno to potwierdzi. I ten właśnie podręcznik był na tyle dobrze napisany, że coś w głowie zawsze zostawało, właściwie dzięki niemu historię zaliczyłam. Chociaż może była to zasługa pana Sławka, on zawsze potrafił prosto i jasno wyjaśnić temat.
    Na pewno nie było tylu pomocy naukowych czy multimedialnych gadżetów. Myślę jednak, że naprawdę wiele zależy od nauczyciela: jeśli potrafi dobrze wytłumaczyć, prosto wyjaśnić, przytoczyć przykłady z życia, to cała klasa do końca życia zapamięta materiał.
- Bardzo nas ciekawi temat nauczycieli. Uczył Panią np. pan Kufel. Jak wyglądały lekcje z nim?
- Do pana Kufla mam ogromny sentyment, bo uczył mnie właściwie od początku, zna mnie od ósmego roku życia, chodziłam do niego na dodatkowe zajęcia. To jest jeden z najlepszych nauczycieli. Uczy, bawi i jeszcze nawiązuje kontakt z ludźmi. Naprawdę nauczyciel z powołania. Pamiętam, jak w tych baraczkach, w zerówce, pierwszej klasie, stawiał nam piątki za rysowanie szlaczków czy kolorowanie zwierzątek, oraz za to, że potrafiliśmy powiedzieć zdanie typu Monkey is Brown. Wiadomo, traktował nas tak, jak traktuje się dzieci, chociaż był wymagający - samym swoim zachowaniem sprawiał, że chciało się więcej uczyć. Potem dopiero zaczął nas, nazwijmy to „tresować”, w dobrym znaczeniu. I efekty jego pracy widać do dziś.
Przyznam, że wszyscy starzy znajomi, z którymi rozmawiam, miło go wspominają. Pan Kufel jest tak przeuroczym człowiekiem, że nie da się go nie lubić. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest tak samo wymagający, jak sympatyczny.
- Czy wykorzystuje Pani wiedzę zdobytą w szkole? Jak?
- Tak szczerze, to może nie tyle wiedzę tu zdobytą, ale umiejętności: pomogło mi w życiu to, że nauczyciele dawali nam pewną samodzielność. Nie traktowano nas szablonowo, nie trzymano w sztywnych ramach, do których my mamy się dostosować, tylko dawano nam się rozwijać. W szkole przebywa się pięć dni w tygodniu, z tą samą grupą przez kilka lat, jest ciepło, miło i bezpiecznie. I nagle matura, studia, nowe osoby, anonimowość. Dzięki temu, że nie prowadzano nas tutaj za rączkę, łatwiej było odnaleźć się w życiu. Więc najważniejsza nie jest geografia, historia czy plastyka, ale właśnie kwestia nauczenia samodzielności.
- Za czym Pani najbardziej tęskni?
- Najbardziej chyba za wycieczkami szkolnymi. Było to takie oderwanie się od rzeczywistości, coś nowego, fajnego, raz albo nawet dwa razy w roku... Teraz, kiedy ma się stałą pracę, dużo trudniej wyrwać się, odpocząć.
- Chciałaby Pani powiedzieć coś uczniom naszej szkoły? Na przykład: „Dobrze ukrywajcie ściągi”?
- No, może nie do końca, ale to też jest jakaś metoda, bo robienie ściąg też uczy. Niekoniecznie z nich korzystajcie, ale w ramach powtórki - nie ma nic lepszego.
Myślę, że przede wszystkim trzeba pilnować tego, żeby być sobą. To, co było u mnie w klasie, kiedy wszyscy byli identyczni, to nie jest dobre. Każdy jest inny. I dopóki szkoła daje taką możliwość, traktuje wszystkich indywidualnie, to trzeba z tego korzystać. I iść swoją drogą. Może też nie do końca odstawać od grupy, bo akceptacja zawsze jest nam potrzebna, ale jednak starać się być sobą. I tak swoją drogą, do swojego celu, mniejszymi, większymi krokami, ale jednak.
- Bardzo dziękujemy.


A oto pani Kasia dziś:

I dwadzieścia lat temu;))



 


czwartek, 14 marca 2013

"Boże, ja tworzę!" - czyli: W podniebnej galerii Lotników.

Tworzą, tworzą - nasze gimnazjalistki! W holu szkoły możemy podziwiać obecnie prace jednej z nich, ale warto pokazać je szerszej publiczności. Zatem w "podniebnej galerii" przedstawiamy Państwu prace Martyny Jaworskiej i Matyldy Berus z klas pierwszych.

Sztuka przez duże S!

Martyna - tworzy, bo stanowi to jej odskocznię od rzeczywistości; wciąż próbuje nowych technik:








Matylda - maluje, bo lubi; lubi to nawet bardziej niż nocny odpoczynek, bo gdy przychodzi natchnienie - wstaje w nocy i puszcza wodze fantazji...








wtorek, 12 marca 2013

Do znudzenia, a może jednak nie?

Można powiedzieć, że do znudzenia wracamy do tematu ferii, ale dostaliśmy jedną z ciekawszych relacji i nie sposób nie umieścić tego dzieła na naszych "łamach". Relacja - w dość ciekawej formie - autorstwa Anii z klasy 2A:




POSZUKIWANA!
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

Poszukujemy 10-letniej, wysportowanej dziewczynki. Ma proste blond włosy do połowy pleców, niebieskie oczy i charakterystyczne usta. Uwielbia czarno-fioletową czapkę z przypinką Rihanny, nie rozstaje się z nią praktycznie nigdy. Ma przekłute uszy.

Poszukiwana pod zarzutem psucia innym ferii i uniemożliwianie dobrej zabawy. Przez cały tydzień okrutnie udaremniała rozpaczliwe próby jej siostry ciotecznej, by korzystać z ferii. Znęcała się też psychicznie nad matką. Udowodniono jej m.in. dziki płacz bez powodu, oszukiwanie w kartach i traktowanie siebie jak pępka świata. Częstą zbrodnią było również robienie z siebie ofiary oraz wpędzanie matki w niepotrzebne wyrzuty sumienia, zwykle przy okazji płaczu, np. tekstem: „Tak się zachowuję, bo siedzę sama codziennie od 8:00 do 18:00”.

Ktokolwiek ją widział lub zna miejsce jej pobytu, proszony jest o telefon na policję bądź o udanie się do najbliższego posterunku.

Jednocześnie należą się serdeczne podziękowania dla Gabrysi, Moniki i Agnieszki, a także dla: sprzedawczyni karnetów narciarskich, miłego pana z wypożyczalni oraz fundatorom, budowniczym i pracownikom wyciągu „pasieka” z podgrzewanymi fotelami w Białce Tatrzańskiej. Ci dzielni ludzie przez cały tydzień skutecznie udaremniali plany poszukiwanej.



wtorek, 5 marca 2013

Z kina...

Chodzicie do kina, oglądacie i najczęściej... jesteście niezadowoleni;)  Kto podzieli opinię Michała z klasy 2A, który obejrzał i skrytykował Hobbita?


„Hobbit”, jedna z najbardziej wyczekiwanych produkcji tego roku. Jest to ekranizacja powieści J.R.R. Tolkiena, która nie wywarła na mnie ogromnego wrażenia. Spodziewałem się większych emocji podczas seansu. To opowieść o niebezpiecznej i długiej podróży krasnoludów do swojego dawnego domu, Samotnej Góry. Obecnie mieszka tam groźny smok Smaug.
Zacznijmy od krytycznej strony. Wyjątkowo rozczarowała mnie monotonność „Hobbita”. Cala opowieść opierała się na wędrówce i walce krasnoludów. Te sceny następowały po sobie i powtarzały się co piętnaście minut. Kolejnym minusem tego filmu jest Blady Ork, postać, której w książce nigdy nie było. Został wskrzeszony niczym „Darth Maul z Gwiezdnych Wojen”. Jakby tego jeszcze było mało, walczył on z Thorinem i zginął z jego ręki na polu bitwy (tak twierdził Thorin aż do momentu w, którym zobaczył go ponownie). „Niezwykła podróż” nie była taka niezwykła.
Ale jest również za co pochwalić. Kostiumy dobrane idealnie. Krasnoludzi jak prawdziwi, Gandalf został niezmieniony (tyle że jest szary), a hobbit wygląda na prawdziwego hobbita, nie wspominając już o orkach, goblinach i elfach. Muzykę dodano tę samą co w poprzednich dwóch częściach, co sprawiało, że był odczuwalny klimat Śródziemia. Wszystkie pieśni krasnoludów również były wyjątkowo dopracowane, zwłaszcza ta, gdy Thorin stoi przy kominku w norze Hobbita. Podczas seansu można było podziwiać przepiękne krajobrazy.
Uważam, że film nie był taki świetny jak zapowiadano, więc w ocenie w skali od jednego do dziesięciu dałbym sześć punktów, ponieważ zabrakło mi w nim czegoś nowego.

niedziela, 3 marca 2013

I znowu wspomnień czar!;)

Tym razem wspominamy ferie! Forma - oryginalna; treść: szara Warszawa i Afryka dzika;)

Zapraszamy do lektury!


"Jak było w Warszawie?" - na to pytanie odpowiada Weronika z klasy 2a:


Co o feriach mam pisać
Jeśli je spędziłam w Warszawie?
Nie powiem, że było nudno
Miejscami nawet ciekawie
Ważniejsze, że wypoczęłam
Niż, że w domu siedziałam
Mnie to nie przeszkadza
Przyjemność z tego miałam
Z mamą Warszawę zwiedzałam
Po różne sprawy jeździłam
Raz do Bluecity poszłyśmy
Pół dnia w podróży spędziłam
Na sankach raz tylko byłam
Pogoda nie dopisała
Za to tym jednym razem
Nogi bym połamała
Spraw szkolnych też kilka było
Głowę mi zajmowały
Jak mnie raz wena naszła
Same się rozwiązały
Dużo w ferie czytałam
Do biblioteki jeździłam
Mało się wysypiałam
Za to się nieźle bawiłam
Z rodziną czas wciąż spędzałam
O siebie trochę zadbałam
Uzupełniłam luki
Garderoba znów cała
Co więcej robiłam nie wiem
Skojarzyć nie jestem w stanie
Na pewno będę tęskniła
Za miłym leniuchowaniem
Wypoczęłam na tyle
Że nic już nie pamiętam
Ze szkoły, czy osobiście
Tak na mnie działają święta
Wyłączam głowę w ogóle
I wypoczywam beztrosko
Niektórzy by to nazwali
Już nadchodzącą wiosną

"Jak było w Kenii?" - na to pytanie - już bez rymów -  odpowiada Janek z klasy 2;))

Jadę samochodem godzin kilka,
do parku trafiam,
gdzie słonie trąbią, a lwy ryczą,
gdzie zebry biegają i hipcie pływają.
do raju trafiam choć na chwil kilka,
by poczuć smak dzikości tak dawno zapomnianej, 
by spostrzec zwierząt kilka i roślin kępy,
by choć tyle natura łaskawie pokazała mi,
by przyjemności zaczerpnąć z bycia,
by zobaczyć jak żyje plemię masajskiego ludu,
by pod szczytem Kilimandżaro obudzić się rano,
by wschód słońca podziwiać na olbrzyma tle,
by wrócić do kraju i kraj dziki wspominać.

 
A co u Was działo się w ferie?




piątek, 1 marca 2013

Legenda polskiej sceny alternatywnej w PSPO! Robert Brylewski jurorem festiwalu Hangar 2013.


Robert Brylewski ( Kryzys, Brygada Kryzys, Izrael, Armia, Falarek Band) muzyk tworzący od podstaw polską scenę alternatywną na przełomie lat 70 –tych i 80-tych , gitarzysta , wokalista , autor tekstów będzie jurorem podczas HANGAR FESTIWAL 2013. W trakcie przeglądu odbędzie się także jam session z udziałem Roberta Brylewskiego i uczestników festiwalu. 
Tym bardziej serdecznie zapraszamy.