czwartek, 21 marca 2013

Kolejni absolwenci wspominają nasze liceum - świetny wywiad Ani i Weroniki.

W lutym gościem Dyskusyjnego Klubu Filmowego była p. Katarzyna Budzyńska - instruktorka nauki jazdy, szkoleniowiec, pracownik Automobil Klubu i... absolwentka naszego liceum.

Wywiad z nią przeprowadziły Ania Redeł i Weronika Dziatkowska z klasy drugiej gimnazjum.




- Jak wspomina Pani początki szkoły?
  • Cóż, nauka w barakach była ciekawym okresem w życiu chyba wszystkich. To był trochę taki mały koniec świata. Dopiero teraz rozwijają się na Młocinach jakieś sklepy, osiedla, cywilizacja tu dotarła. A wtedy jechało się i jechało… mijało się co najwyżej jakieś drzewka, krzaki… i po pewnym czasie wyłaniały się te nasze baraki. Na pewno było oryginalnie, chyba nikt tak nie zaczynał. Dzięki temu też nigdy nie było... "szkolnie". Tutaj atmosfera była zawsze bardziej domowa...
- Jak zmieniła się szkoła przez te lata?
  • Oj, bardzo się tu zmieniło. Na pewno tam gdzie macie pokój nauczycielski, był gabinet pani dyrektor. A przy schodach, tam gdzie teraz macie sekretariat, była szatnia. Pamiętam też, że mieliśmy radiowęzeł. Puszczało się w nim muzykę, było to też takie miejsce spotkań tych „najfajniejszych”.
    Zmiany są na pewno na lepsze. O wiele fajniej wszystko wygląda, przede wszystkim jest nowe. Wy macie nowoczesne okna, my mieliśmy stare, drewniane, które trzeba było zatykać na zimę, żeby nie wiało. Pamiętam, jak latem wszystkie ławki wyjeżdżały pod okno, a zimą wszyscy wracali pod drzwi, bo było cieplej.
- Co uczniowie robili na przerwach?
  • Zależało to od pory roku, humoru, od wieku przede wszystkim. Pamiętam, że jesienią zgarniało się liście w takie duże kupki, no i najlepszą zabawą było tarzanie się w tych liściach i rozsypywanie wszystkiego. Poza tym, robiło się żarty nauczycielom… Pamiętam panią polonistkę, której nie lubiliśmy i koniecznie chcieliśmy się jej pozbyć. Pewnego pięknego dnia ktoś wymyślił zmoczenie pani krzesła. Nauczycielka przyszła na lekcję, usiadła na krześle i siedzi... Dzielna była, wytrzymała dobre pół godziny, ale potem odpuściła. Wstała, wyszła, i więcej jej nie widzieliśmy.
    Żarty były też na religii: pamiętam na przykład, jak w środku lekcji wyciągałyśmy z koleżanką dywan z szafy i udawałyśmy modlące się muzułmanki. Śmiesznie było też podczas przysposobienia obronnego: nauczyciel przyniósł nam maski gazowe, w których urządzaliśmy wyścigi. Do dziś wspominam ze śmiechem bieganie po szkolnym boisku w masce, w której wyglądałam jak słoń.
    - Czy pamięta pani w związku z tymi żartami największą szkodę wyrządzoną przez pani klasę?
    - Nie przypominam sobie żadnych wielkich szkód. Pisaliśmy po oknach, na pewno były jakieś dziury w ławkach wydłubane z nudów cyrklem, ale wydaje mi się, że bardziej szanowaliśmy to nasze wyposażenie, bo było ono efektem naszej pracy - na pytanie do dyrekcji czy możemy mieć na przykład zielone szafki albo półki, odpowiedź brzmiała: „No to sobie pomalujcie”. I malowaliśmy. Własnej pracy raczej nikt nie niszczył.
- W jaki sposób karano złe zachowanie?
  • Oczywiście standardowo: uwagi do dzienniczka. A oprócz tego..? Czasem wycieczkę nam odwołali, nawet nie pamiętam za co, ale zdarzało się. Mieliśmy iść do kina, czy do muzeum, wiadomo, każdy się cieszy, bo lekcji nie będzie. A tu „kicha”, zostajemy w szkole. Na lekcjach nauczyciele brali do odpowiedzi, czasem niezapowiedzianą kartkówkę robili...
- Malowanie paznokci, makijaż, farbowanie włosów - czy to było dozwolone?
- Do pewnych granic na pewno tak. Blady kolor na paznokciach nie robił żadnego problemu. Ale pamiętam, gdy kiedyś pomalowałam je na niebiesko, to dostałam burę. „Ochrzaniła” mnie wtedy matematyczka, przy tablicy. Nie pamiętam dokładnie, co powiedziała, ale przesłanie było takie, że bardziej skupiam się na malowaniu paznokci niż na uczeniu się matematyki, naprawdę ostro się o tym kolorze wyraziła.
Dziś wy macie szansę pod tym względem zaistnieć. My tak naprawdę torowałyśmy wam drogę, starałyśmy się przekonać nauczycieli, że mając niebieskie paznokcie, nie muszę mieć pusto w głowie. Zdałam maturę na piątkę, chyba aż tak źle nie było.
-Co z przerwami? Co jedliście w szkole? Były obiady, sklepik?
- Była stołówka, ale w budynku podstawówki. Tutaj był tylko ten sklepik, w którym królowały różnej maści batony, chipsy. Później dopiero zaczęły wchodzić kanapki, tego typu rzeczy.
- A jak sklepik był prowadzony?
  • Prowadzili go uczniowie, zawsze niby był opiekun, który pilnował rozliczeń i w miarę to organizował, trzymał nad tym pieczę, ale on też nie siedział w tym sklepiku na przerwach. Generalnie uczniowie prowadzili go samodzielnie.
- Czyli tak jak teraz. A co z lekcjami? Jaki sposób pracy podczas zajęć lubiła Pani najbardziej?
  • Lekcje generalnie prowadzone były w formie wykładu, czasem jakieś notatki z podręcznika. Jednym z lepszych był ten z historii, napisany bardzo prostym, przyjaznym językiem, do dzisiaj go zresztą jeszcze mam. Przyznam się, że z historii byłam „noga”, pan Sławek na pewno to potwierdzi. I ten właśnie podręcznik był na tyle dobrze napisany, że coś w głowie zawsze zostawało, właściwie dzięki niemu historię zaliczyłam. Chociaż może była to zasługa pana Sławka, on zawsze potrafił prosto i jasno wyjaśnić temat.
    Na pewno nie było tylu pomocy naukowych czy multimedialnych gadżetów. Myślę jednak, że naprawdę wiele zależy od nauczyciela: jeśli potrafi dobrze wytłumaczyć, prosto wyjaśnić, przytoczyć przykłady z życia, to cała klasa do końca życia zapamięta materiał.
- Bardzo nas ciekawi temat nauczycieli. Uczył Panią np. pan Kufel. Jak wyglądały lekcje z nim?
- Do pana Kufla mam ogromny sentyment, bo uczył mnie właściwie od początku, zna mnie od ósmego roku życia, chodziłam do niego na dodatkowe zajęcia. To jest jeden z najlepszych nauczycieli. Uczy, bawi i jeszcze nawiązuje kontakt z ludźmi. Naprawdę nauczyciel z powołania. Pamiętam, jak w tych baraczkach, w zerówce, pierwszej klasie, stawiał nam piątki za rysowanie szlaczków czy kolorowanie zwierzątek, oraz za to, że potrafiliśmy powiedzieć zdanie typu Monkey is Brown. Wiadomo, traktował nas tak, jak traktuje się dzieci, chociaż był wymagający - samym swoim zachowaniem sprawiał, że chciało się więcej uczyć. Potem dopiero zaczął nas, nazwijmy to „tresować”, w dobrym znaczeniu. I efekty jego pracy widać do dziś.
Przyznam, że wszyscy starzy znajomi, z którymi rozmawiam, miło go wspominają. Pan Kufel jest tak przeuroczym człowiekiem, że nie da się go nie lubić. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest tak samo wymagający, jak sympatyczny.
- Czy wykorzystuje Pani wiedzę zdobytą w szkole? Jak?
- Tak szczerze, to może nie tyle wiedzę tu zdobytą, ale umiejętności: pomogło mi w życiu to, że nauczyciele dawali nam pewną samodzielność. Nie traktowano nas szablonowo, nie trzymano w sztywnych ramach, do których my mamy się dostosować, tylko dawano nam się rozwijać. W szkole przebywa się pięć dni w tygodniu, z tą samą grupą przez kilka lat, jest ciepło, miło i bezpiecznie. I nagle matura, studia, nowe osoby, anonimowość. Dzięki temu, że nie prowadzano nas tutaj za rączkę, łatwiej było odnaleźć się w życiu. Więc najważniejsza nie jest geografia, historia czy plastyka, ale właśnie kwestia nauczenia samodzielności.
- Za czym Pani najbardziej tęskni?
- Najbardziej chyba za wycieczkami szkolnymi. Było to takie oderwanie się od rzeczywistości, coś nowego, fajnego, raz albo nawet dwa razy w roku... Teraz, kiedy ma się stałą pracę, dużo trudniej wyrwać się, odpocząć.
- Chciałaby Pani powiedzieć coś uczniom naszej szkoły? Na przykład: „Dobrze ukrywajcie ściągi”?
- No, może nie do końca, ale to też jest jakaś metoda, bo robienie ściąg też uczy. Niekoniecznie z nich korzystajcie, ale w ramach powtórki - nie ma nic lepszego.
Myślę, że przede wszystkim trzeba pilnować tego, żeby być sobą. To, co było u mnie w klasie, kiedy wszyscy byli identyczni, to nie jest dobre. Każdy jest inny. I dopóki szkoła daje taką możliwość, traktuje wszystkich indywidualnie, to trzeba z tego korzystać. I iść swoją drogą. Może też nie do końca odstawać od grupy, bo akceptacja zawsze jest nam potrzebna, ale jednak starać się być sobą. I tak swoją drogą, do swojego celu, mniejszymi, większymi krokami, ale jednak.
- Bardzo dziękujemy.


A oto pani Kasia dziś:

I dwadzieścia lat temu;))



 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz