środa, 15 maja 2013

Nasi absolwenci.

Prezentujemy kolejny wywiad z absolwentką naszego Liceum im. Lotników Amerykańskich, które ma już dwadzieścia lat!
Z Małgorzatą Krzemińską rozmawiała Kostka z klasy trzeciej:
Konstancja Wasilewska: Jak wyglądały pierwsze lata w szkole?
Małgorzata Krzemińska: W pierwszej klasie było osiem osób, trudno za kimś się schować, przy dużym "szczęściu" było się nawet parokrotnie na lekcjach pytanym. To był duży plus ze względu na to, że na lekcjach można było dużo skorzystać, ale rzeczywiście wiązało to się ze sporym stresem. Bardzo dobrze wspominam wszelkie wyjazdy integracyjne oraz to, że nauczyciele zawsze byli za nami, można było z nimi porozmawiać i poświęcali dużo uwagi nie tylko sprawom związanym ze szkołą, ale po prostu, nam.

K.W.: Jak wyglądały Wasze przerwy?
M.K.: Kiedyś graliśmy w ping-pong'a, przez jakiś czas mieliśmy radio szkolne, więc troszkę się działo, ale przede wszystkim gadaliśmy, wygłupialiśmy się, czasem rozmawiało się o lekcjach, ale też przez jakiś czas graliśmy w karty.

Pamiętam też te pierwsze miłości, zakochania, czajenie się "a gdzie kolega?", "co on robi?" tego typu rzeczy. :)
K.W.: Co jedliście w szkole? Czy były obiady albo sklepik?
M.K.: Tak, sklepik był, obiady też. Pamiętam, że sklepik chyba rotacyjnie prowadziliśmy. I pamiętam też czasy, kiedy weszły Pawełki i one robiły furorę w tym sklepiku.

K.W.: Jak wyglądały szkolne uroczystości?
M.K.: Najbardziej pamiętam studniówki z liceum, ponieważ w liceum było niewielu uczniów, wszystkie starsze klasy były malutkie w związku z tym we wszystkich studniówkach uczestniczyliśmy wspólnie. Z największym sentymentem wspominam moją studniówkę, która odbywała się poza szkołą, na Starówce w restauracji, nie pamiętam już jak się nazywa. Byłam wtedy na antybiotyku, miałam 39 stopni gorączki, ale uparłam się, że MUSZĘ być na swojej studniówce! :)

Poza tym wyjazdy integracyjne, chyba nigdy w życiu nie nachodziłam się tak po górach!
K.W.: Makijaż, farbowane włosy, do jakiego stopnia takie rzeczy były dozwolone?
M.K.:Nie było to dozwolone, aczkolwiek staraliśmy się jakoś to wyminąć, odrobinę tuszowałyśmy rzęsy, czy jeśli miało się jakąś farbę, ja miałam blond refleksy wyglądające naturalnie, wtedy jeszcze było to dozwolone.

Jeśli chodzi o paznokcie to tylko jakiś bezbarwny, makijaż później był dozwolony, ale nie jakiś wyzywający, tak samo ubrania, wszystko w granicach rozsądku.
K.W.: Jaka panowała moda?
M.K.: Nie przypominam sobie momentu, w którym wszyscy wyglądalibyśmy tak samo, u mnie w klasie było dużo indywidualistów, więc ubieraliśmy się bardzo różnorodnie. Każdy ubierał się tak jak lubił, tak jak czuł się dobrze.

Myślę, że było podobnie jak teraz, ogromna różnorodność, nie koniecznie jeden nurt z którego korzystają wszyscy.
K.W.: Czy wciąż utrzymuje Pani kontakt ze znajomymi z klasy?
M.K.: Z nielicznymi osobami, przyznam szczerze, że trochę te kontakty zaniedbałam, czego żałuję. Wiem, że wiele osób z mojej klasy utrzymuje jednak te znajomości, więc da się to zrobić.

K.W.: Jaką wycieczkę zapamiętała Pani najbardziej?
M.K.: Myślę, że jedną z takich wycieczek była wycieczka w liceum, podczas której mieliśmy otrzęsiny, same otrzęsiny były pamiętne, zgubiliśmy się też wtedy w górach, bo trochę przesadziliśmy z odległością i jak już wracaliśmy to się mocno ściemniło, a druga grupa bardzo się wystraszyła, bo nie wiedziała, co z nami się dzieje.

Bardzo dobrze wspominam też ostatni wyjazd, kiedy byliśmy już w klasie maturalnej do Zakopanego z panem Kowalskim i pamiętam, że wtedy pierwszy raz poczułam się taka dorosła, miałam takie poczucie, że nauczyciele traktują nas na równi.

K.W.: Jakie widzi Pani zmiany?
M.K.: Ogromne! Kiedy parę lat temu tu byłam, prowadziłam zajęcia też warsztatowe, to też pamiętam, że był to już ten budynek, ale nie było tej atmosfery, teraz widzę, że wisi tu dużo waszych prac, macie kanapy, kawiarenkę, więc na pewno pod względem wizualnym widzę ogromne zmiany. Od jakiegoś czasu pan Kowalski zaprasza mnie na przeróżne spotkania, na które niestety nie mogłam znaleźć czasu ze względu na moją pasję podróżniczą, natomiast widzę, że zaczyna się dużo dziać w związku z 20-leciem liceum.

K.W.: Czy szkoła ukierunkowała Panią w jakiś sposób?
M.K.: Na pewno wiedziałam już w szkole, że jestem bardziej umysłem humanistycznym niż ścisłym. Szkoła dała mi przede wszystkim różne możliwości rozwoju, mieliśmy różne kółka zainteresowań, dzięki czemu można było spróbować wielu rzeczy, choć przez to trudno było się zdecydować.

Przez długi czas byłam na przykład przekonana, że pójdę na ASP, bardzo chciałam być architektem wnętrz, ale stchórzyłam przed egzaminem, mając gotową teczkę.
Mój drugi plan to była właśnie psychologia, bo zawsze uchodziłam za osobę, której można się wyżalić, która wysłucha i doradzi i miałam takie poczucie, że chciałam pomagać ludziom, choć bardzo bałam się, że nie będę się umiała od tego odciąć, ale studia nauczyły mnie trochę inaczej na to patrzeć.

Na początku bardzo się tego bałam w związku z tym poszłam na prawo i rok byłam na prawie, tam odkryłam, że to nie to. Po tym roku zmieniłam studia na psychologię i wiedziałam, że to jest to, choć nie spodziewałam się, że będę pracowała akurat w szpitalu psychiatrycznym.

K.W.: Ostatnie pytanie: za czym najbardziej Pani tęskni?
M.K.: Myślę, że czasami brakuje mi tego, że kiedyś nie musiałam podejmować tylu ważnych decyzji, bardziej żyłam chwilą, myślę że czułam się bezpieczniej. Teraz wszystko jest w moich rękach, a czasem chciałabym, żeby ktoś podjął tę decyzję za mnie. Na pewno tego mi brakuje.

K.W.: Bardzo dziękuję za wywiad!


I jeszcze fotografie:

"wczoraj":



I "dziś" podczas warsztatów z klasą trzecią naszego gimnazjum:




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz