środa, 7 maja 2014

Trochę sztuki pióra.

Ostatnio mieliśmy okazję zapoznać się z twórczością Zuzi Maciaczek. Dziś swoją "Przygodę w Araluenie" przedstawia Mela Ryzak - można się wciągnąć, polecamy!



Zawsze byłam rozpuszczona. Uwielbiałam panować nad kimś, wyśmiewać i grać na nerwach. Natomiast drażniło mnie, gdy ktoś odpłacał mi się tym samym. Nie miałam też żadnych przyjaciół, koleżanek. W szkole byłam popularna. Wszyscy mnie podziwiali. Ale nie był to prawdziwy podziw, lecz ze strachu, który każdy przede mną odczuwał. Cóż, kiedyś uchodziłam za małą terrorystkę. Wiele razy próbowałam też ze sobą skończyć, ale nigdy nie potrafiłam się do końca przemóc. Wierzyłam, że jeszcze jest nadzieja i może nie ktoś zaakceptuje albo się zmienię. Niestety nic z tego. Nikt nawet nie próbował do mnie podejść i zagadać. Jednak ostatnio powróciła do mnie myśl odebrania sobie tego okropnego, nędznego życia. Ale jedno wydarzenie zupełnie je zmieniło. I to właśnie zamierzam Wam opowiedzieć.
To stało się pewnego popołudnia, gdy słońce mocno przygrzewało. Nie miałam na nic ochoty. Nie wychodziłam na dwór. Na książki i zabawki nawet nie patrzyłam. Leżałam tylko na kanapie, gapiłam się w sufit i rozmyślałam. Aż tu nagle z zadumy wyrwał mnie donośny krzyk mamy, dobiegający z kuchni:
- Chodźże tu! Mam do ciebie prośbę!
Z ociąganiem podniosłam się z sofy i przyczłapałam do niej.
- O co chodzi?
- Idź do lasu i nazbieraj jagód na pierogi, twoje ulubione. Proszę, tutaj masz koszyk. Co?! W taką paskudną pogodę? Słońce praży jak nie wiem co. Ja się na nim usmażę! Nie ma mowy. Poza tym już nie są moje ulubione!- wykrzykiwałam.
- Córeczko! Jak ty się zachowujesz w stosunku do matki? Ja nie wiem , gdzie popełniłam błąd. – zmartwiła się mama.
- Jak zawsze wszędzie! Nie idę!- wybuchłam.
- Idziesz w tej chwili, bo jak nie, to ci tyłek złoję! W ogóle nie wychodzisz na zewnątrz, pyskujesz, jesteś arogancka i nietolerancyjna. Jak zaraz nie wyjdziesz, to będzie lanie.
- Ueech! No, dobra. Pójdę.
- Tylko się pośpiesz. Cześć!- powiedziała matka, widocznie wściekła.
- Cześć. – odparłam bez entuzjazmu.
Szłam teraz przez puszczę i rozmyślałam: „Jak można?! Własnej córce tak grozić? To ona jest arogancka i nietolerancyjna. Przecież sama mogła iść po te durne jagody, skoro chciała pierogi. I zrobię jej na przekór. Nie będę się śpieszyć”. Lecz tak naprawdę czułam, że robię źle. Ale nie potrafiłam tego powstrzymać. To było wręcz jak nawyk. W głębi duszy czułam także, że czymś okrutnym było powiedzenie jej, iż nie lubię już tego dania. Ja je uwielbiam! To straszne, co lenistwo może zrobić z człowiekiem. W każdym razie wędrowałam sobie leśną dróżką, aż nagle usłyszałam czyjś krzyk:
- Pomocy! Jestem tutaj! Ratunku, zaraz mnie pochłonie!
Czym prędzej pobiegłam w miejsce, skąd dobiegał hałas i zobaczyłam nastoletniego chłopca, w moim wieku, a może starszego o rok, włosy ciemne, oczy piwne… chwileczkę. Przecież to Brian! Najprzystojniejszy uczeń w szkole. Ale co on robi?
- Co się stało? – spytałam lekko speszona.
- „Co się stało?”! Ty mnie teraz nie pytaj, tylko mi pomóż! Lada moment zostanę wciągnięty, nawet nie wiem gdzie! Ratuj!- odkrzyknął przerażony.
- A co to jest?! – spytałam równie zdziwiona i wystraszona co on.
- To lej krasowy! Błagam, uratuj mnie!- i wyciągnął dłoń.
Chwilę się wahałam, lecz w końcu podjęłam drastyczną decyzję- uciekłam.
- Agatha, nie!!! Proszę, pomóóóż…!
Parę sekund po wskoczeniu za najbliższe drzewo zdałam sobie sprawę, iż jestem potworem.
- Jak ja mogłam?! Tchórzliwa, podła, leniwa i bezużyteczna! Oto moje cechy!
Nie zastanawiając się dłużej, wybiegłam z mojej kryjówki ze łzami w oczach i czym prędzej dałam nura do dziury.
- Ała! Ale gruchnęłam. Mój zadek…
- Agatha?
- Brian? Czy to ty?
- Tak. – mówiąc to, wyskoczył zza głazu na jednej nodze.
- Czemu tak podskakujesz?- spytałam nieco zdumiona i zrobiłam krok w jego stronę.
- Nie! Coś ty zrobiła?! Nie można chodzić po polach ze skorpionami. To pułapka!
Ale było już za późno. Chwilę później dało się słyszeć pękanie skały aż wkrótce wylała się zza niej woda. Dużo wody. Jej silny prąd ściął nas z nóg i oboje popłynęliśmy w dół. Przez jakiś czas widziałam, jak Brian próbuje znaleźć brzeg, potem woda zalała mi oczy i całkowicie mnie przykryła, tak, że nic już nie mogłam dojrzeć. Po chwili jednak wynurzyłam się w poszukiwaniu lądu. Zauważyłam nisko położoną skarpę, oddaloną o parę metrów ode mnie. Chciałam do niej podpłynąć, lecz nagle nurt rzeki stał się jeszcze potężniejszy i nie zdążyłam. Natomiast spostrzegłam, że… zbliżam się do wodospadu! Natychmiast zaczęłam krzyczeć wniebogłosy o ratunek, ale nikt nie przybył z odsieczą. Śmiertelnie się przeraziłam, ponieważ czułam, iż zaraz poniesie mnie nie wiadomo gdzie i co zrobię? Czy w ogóle przeżyję? Tak! Jest cień nadziei! W oddali widać dość spory wystający kamień. Chwycę się go i może mi się uda wydostać z tego piekła. Jeszcze 10 metrów…7…5…2…
- Aaa! Mam cię! W ostatniej chwili! Uff! Liczę na to, że nie spadnę. Wiszę przecież na początku wodospadu. Ale jak ja stąd zejdę? Sama nie dam rady! - lamentowałam.
- Och, gdybym wtedy nie zostawiła Briana… Jestem potworem! - i wybuchłam płaczem.
I w tym momencie ujrzałam nad sobą właśnie jego.
- Obiecujesz, że się zmienisz? – zapytał groźnie.
- Tak! Już nigdy nikomu nie wyrządzę żadnej krzywdy! Nie pobiję, nie wyśmieję, nie zostawię w potrzebie! Zawsze będę pomagać, nawet w błahych sprawach, tylko błagam, uratuj mnie! – wykrzykiwałam roniąc łzy.
Chwilę się wahał, jednak wyciągnął do mnie rękę i następnie wycieńczoną wyniósł w ramionach na brzeg.
- Znowu ryczysz? Przestań wreszcie i może coś wymyśl! – krzyknął poirytowany Brian.
- A-ale jak my m-mamy się st...ąd wydostać? – szlochałam.
- Chcecie stąd wyjść? – zapytał nagle nieznany mi dotąd czyjś męski głos.
- Aaa! Kto tu jest?! – ryknęłam przestraszona.
- Skąd przybywasz i czego chcesz? – zadał pytanie mój kompan.
- Ja tylko chciałem wam dopomóc, ale skoro nie, to pójdę…
- Nie! – wrzasnęliśmy chórem.
- No dobrze.
- Więc kim jesteś? – dopytywał Brian.
- Jam jest wielki czarodziej Jingasaar. Przybywam z Gorlanu. I za pomocą czarów mogę wam pomóc znaleźć wyjście. – odparł mężczyzna.
- O-oczywiście. – wyjąkał zdumiony uczeń.
- Proszę, tu macie trochę magicznego pyłu. – mówiąc to, wsypał mi garstkę i kontynuował. – Pójdziecie najpierw 20 schodów w górę, potem 8 w dół i znowu 35 w górę, następnie wypowiecie: „Lasa-te ma de aici!”, sypniecie dookoła pyłem i już. Lecz najpierw musicie mi zapłacić 30 gualupów.
- Agatha, masz trochę? – spytał Brian.
- Hmm… Tak. – odparłam wyjmując z kieszeni 18 gualupów.
- Ja mam tylko 5! – rozpaczał chłopak.
- Cóż, nic nie szkodzi. Bierzcie ten pył i lećcie, bo w końcu nigdy stąd nie wyleziecie. Przeklęta dziura!
- A pan? Czemu nie wyjdzie, skoro jej nie cierpi? – zatroskałam się.
- Kiedyś zła czarownica Merguelen rzuciła na mnie klątwę i nie mogę się stąd ruszyć nawet za pomocą zaklęć. Ale to już nieważne, biegnijcie do domów, smyki!
I tak pana kiedyś uratuję.” – pomyślałam.
- Do widzenia. – powiedziałam wzruszona.
- Żegnajcie. – odrzekł czarownik.
Minął miesiąc od naszej przygody w Araluenie. Od tej poty nikomu nie dokuczam, pogodziłam się z mamą i zaprzyjaźniłam się z Brianem, a także dwiema dziewczynami- Mirandą i Kerr! Teraz jeśli mam pomyśleć o odebraniu sobie życia, wykrzywiam twarz i mówię: „Życie jest piękne! Ale nie każdy na początku potrafi to docenić.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz