wtorek, 11 listopada 2014

Echa po "Mieście 44".

W październiku wybraliśmy się na głośny film Jana Komasy "Miasto 44". Obraz ten nikogo nie pozostawił obojętnym, choć głosy na jego temat są bardzo podzielone. Prezentujemy recenzję Blanki z klasy drugiej liceum - świetna, choć bardzo subiektywna. Jakie były Wasze wrażenia?



W czwartek, 23 października zobaczyliśmy dramat wojenny Jana Komasy ”Miasto 44”. Głównym tematem jest wybuch Powstania Warszawskiego w 1944r. oraz losy jego uczestników. Przedstawione są problemy młodych ludzi, powstańców, którzy mają (teoretycznie, ze względu na swój wiek) całe życie przed sobą. Decydują się jednak wziąć udział w Powstaniu, zostawiając swoje rodziny i bronić Ojczyzny.
Mimo tego, że założeniem jest, by film był o Warszawie w 1944r., to głównym wątkiem jest rodząca się na początku filmu miłość głównego bohatera Stefana (Józef Pawłowski) do Biedronki (Zofia Wichłacz). Młodzi poznają się na początku filmu, wieczór przed powstaniem i przez cały film ich losy się krzyżują.
Myślę, że te dwa wątki: wybuch Powstania oraz miłość są wystarczająco ważne i wyczerpujące, by zrobić dobry film. W mojej ocenie jednak Jan Komasa w niezwykle nieudany sposób łączy ze sobą wszystkie tematy, które są związane z wojną oraz walką o wolność i miłość. Przez takie połączenie wątków bardzo trudno jest się skupić na jednej kwestii. Myślę, że w obliczu wszystkich tematów, scen, które są przeładowane efektami specjalnymi i wyjątkowo nietrafioną muzyką, niezwykle łatwo jest pominąć to, co najważniejsze, czyli sens Powstania Warszawskiego, motywy młodych ludzi, którzy zdecydowali się brać w nim udział, jego wpływ na naszą rzeczywistość teraz. Przez to wszystko film nie wzbudza emocji w widzu, który oczekuje głębszej refleksji po wyjściu z kina.
Posunę się do określenia tego filmu produkcją hollywoodzką. Mam wrażenie, że ma trafiać głównie do młodych ludzi XXI wieku, którzy przyzwyczajeni są do efektów specjalnych i są znudzeni „zwykłymi filmami”. Może z tej przyczyny Komasa w swoim filmie zastosował wiele bardzo drastycznych rozwiązań, lecz wydaje mi się, że są one zbędne, np. deszcz spadających po ostrzale czołgu niemieckiego ciał. Moment, w którym mózgi, ręce, nogi spadają na ziemię z deszczem krwi trwa chyba dwie minuty albo nawet więcej. Wydaje się to zupełnie nieuzasadnione. Moją uwagę przykuły też sceny pocałunków. Były tak nierealistyczne, że wzbudzały we mnie jedynie mimowolny śmiech. Na przykład scena, w której Niemcy strzelają do Stefana i Biedronki: ci rzucając się w bok, zaczynają się całować, w tle słyszymy muzykę zbliżoną do techno, sceneria zmienia się w imitację nieba z dziwnym puchem, który nie wygląda ani jak śnieg, ani jak chmury, ani nawet jak pyłki z topoli; lecą strzały i oczywiście mimo tego, że para całuje się na środku pustej hali, żaden pocisk w nich nie trafia. Bardzo mi się to nie podoba. Scena jest nierealistyczna, wręcz zakrawa na komiczną.
Myślę jednak, że dobrze, że taki film powstał. Tematyka Powstania Warszawskiego jest coraz odważniej poruszana i trafia do młodych ludzi. Może przyszły takie czasy, że widz musi być wręcz atakowany efektami specjalnymi, krwią i brakiem realizmu, żeby coś zrozumiał. Osobiście uważam, że to nie jest dobre, ale może jest to jedyny sposób, by zainteresować niektóre osoby tą, ogromnie jednak ważną, tematyką.
Podsumowując, stwierdzam, że film Jana Komasy „Miasto 44” nie podobał mi się, męczył mnie i nie wzbudził mimo, że tego oczekiwałam, głębokich przemyśleń, nie poruszył mnie, bardzo chłodno i negatywnie go odebrałam. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz