17 kwietnia, 2026

Wreszcie prawdziwa twórczość!;)

A co to znaczy „prawdziwa twórczość”? Prawie wszystko, co pojawia się na naszym blogu jest w pewnym sensie Waszą twórczością. Dziś prezentujemy jednak coś naprawdę artystycznego i naprawdę dobrego: opowiadanie Zuzi z klasy 1a:

P { margin-bottom: 0.21cm; direction: ltr; color: rgb(0, 0, 0); widows: 2; orphans: 2; }

Adam Wiatowski
w ostatniej chwili wpadł do odjeżdżającego już wagonu metra, ze
znużeniem oparł głowę o zimną szybę i pogrążył się w
myślach. Planował tę podróż tak długo, wydał na nią tyle
pieniędzy i wszystko na nic! Chciał zrobić niespodziankę pewnej
uroczej Francuzce obchodzącej tego dnia urodziny i odwiedzić ją w
Paryżu, ale oczywiście nic z tego!


Z Warszawy do
stolicy Francji miał zamiar dostać się pociągiem, z przesiadką w
Berlinie. Teraz jednak zrobiłby wszystko, żeby ten pomysł nigdy
nie przyszedł mu do głowy. Do odjazdu pociągu miał pięć godzin,
a przed chwilą okazało się, że nie ma przy sobie paszportu.
Musiał mu wypaść gdzieś podczas przechodzenia z jednej linii
kolei podziemnej do drugiej, a on po prostu tego nie zauważył.
Siedział więc teraz w wagonie berlińskiego metra, patrząc
nieobecnym wzrokiem na siedzących vis-á-vis ludzi i rozpamiętywał
każdy swój krok z ostatnich kilku godzin.


Nagle zerwał
się na równe nogi. „Weź się w garść!” pomyślał, po czym
chwiejnym krokiem doszedł do drzwi, poczekał, aż wagon się
zatrzymał i wyskoczył na peron. Stacja, na której wysiadł
(nosząca według tabliczki na ścianie, nazwę „Bismarcstrasse”)
zaskoczyła go niesamowitym kolorytem i energią. Gwar ludzkich
głosów mieszał się tu z szumem pociągów oraz melodią jakiejś
ballady, granej na gitarze przez siedzącego na podłodze mężczyznę
o wyraźnie wschodnioeuropejskich rysach twarzy. Mural namalowany na
ścianie bił po oczach mnogością oraz intensywnością barw, a
stojące kilkanaście metrów dalej kioski i budki z kebabem,
krzykliwymi napisami na szybach pogłębiały złudzenie
wszechogarniającego chaosu. Adami minął grupę chichoczących i
rozmawiających głośno Meksykanek, po czym usiadł na ławkę,
wyjął z kieszeni mapę i zaczął ją studiować. Kilka minut
zajęło mu zorientowanie się, że to, na co patrzy, to plan metra.
Obraz bardziej przypominał kilkanaście poplątanych szpulek
różnobarwnych nici, które jakiś artysta dla zabawy rozsypał na
kawałku kartki. Żeby odnaleźć paszport, postanowił odwiedzić
wszystkie stacje, na których przebywał, więc kiedy tylko
zorientował się, w którym miejscu mapy aktualnie się znajduje,
odczekał kilka minut i wsiadł do jadącego na wschód pociągu.


Adam zerknął
na zegarek – 10.30. A więc ma jeszcze cztery godziny i trzydzieści
minut, żeby odnaleźć zgubę. Inaczej-żegnaj Francjo. Pociąg
odjedzie a on zostanie sam, w nieznanym mieście, bez namiarów na
hotel, bez większej ilości gotówki. Te myśli tak go dobiły, że
aż zaczął przyglądać się siedzącym w przedziale ludziom.
Naprzeciwko niego siedział młody Azjata w markowych słuchawkach na
uszach, obok jakaś kobieta o kolorze skóry świadczącym o
południowo-amerykańskim pochodzeniu, ubrana w olbrzymie, białe
futro. Kilka miejsc dalej, dostrzegł grupę młodych mężczyzn,
mniej więcej w jego wieku, porozumiewających się z niezwykłą
ekspresją po włosku i posępnie wyglądającego Afroamerykanina
czytającego gazetę, na której okładce Adam dostrzegł twarz
jakiegoś Hindusa w garniturze i mnóstwo wykresów. Wreszcie pociąg
zatrzymał się na odpowiedniej stacji (pod dworcem, na który Adam
parę godzin wcześniej wjechał koleją z Warszawy). Wiatowski
rozejrzał się dookoła i zaklął pod nosem. „Czy ci Niemcy nie
mogliby wydać odrobinę kasy ze swojej niesamowitej fortuny i
postawić w tym metrze jakiegoś ochroniarza?! Niby kogo mam się
zapytać o biuro rzeczy znalezionych? A co by się stało gdyby
doszło tu na przykład do kradzieży?” – to naprowadziło go na
kolejną myśl – „Może moje dokumenty zostały mi w jakiś sposób
ukradziony? Może zwinął je jakiś Syryjski uchodźca z zamiarem
podwędzenia mi pieniędzy!”. Ten pomysł jednak szybko wykluczył
– w końcu z pewnością poczułby próbę przywłaszczenia sobie
jego portfela z przedniej kieszeni spodni. Nieco pocieszony tą myślą
postanowił poszukać kogoś, kogo mógłby poprosić o wskazanie
drogi do biura rzeczy znalezionych. Wreszcie jego wzrok zatrzymał
się na niechlujnie ubranym człowieku, trzymającym w ręku parę
cienkich, szarych gazet -„Ten będzie niezły, wygląda mi na
stałego bywalca tego peronu” pomyślał nieco złośliwie Polak,
po czym ruszył w jego kierunku, klepnął go w ramię i starając
się by jego angielski brzmiał możliwie najbardziej brytyjsko,
zagadnął:


-Przepraszam Pana…


-Co jest? – odparł ten łamaną
angielszczyzną.


-Wie pan może, gdzie jest tu biuro
rzeczy znalezionych? Zgubiłem paszport i…- zaczął Adam.


-Ja tam się nie znam, na takich
yyy…rzeczach-odparł-ja tu tylko sprzedaję gazety. Kupi Pan jedną?
My sami ją piszemy – dodał z dumą.


– My? – zagadnął Wiatowski
wiedząc, że z tej rozmowy i tak nic nie będzie.


– My, to jest tacy ludzie co ani
domu, ani pracy nie mają. Dlatego piszemy. Jak zarobimy, to może i
starczy na jakieś cieplejsze ciuchy. A wiesz pan, to bardziej godne
niż żebranie – rzucił mężczyzna.


-Tak, z pewnością – zgodził się
Adam – niech będzie, kupię jedną – rzucił, po czym zapłacił
bezdomnemu parę drobniaków i ruszył w kierunku pociągów.


Następne poszukiwania nic nie
dały. Przez kilka godzin coraz rozpaczliwiej poszukiwał paszportu,
jednak nigdzie go nie znalazł. Ba, nie natknął się nawet na
żadnego ochroniarza, którego mógłby zapytać o drogę. Z myślą,
że takowych tu nie ma, zdążył się już pogodzić. Zobaczył co
prawda kilka interesujących miejsc i wielu ciekawych ludzi, nie
zrekompensowało mu to jednak frustracji z powodu zgubienia jedynego
dokumentu, jaki przy sobie miał. Zerknął na zegarek. Do odjazdu
pociągu zostało 30 minut. Nawet gdyby właśnie w tej chwili
znalazł swój paszport i tak nic by to nie dało. W pół godziny
nie zdążyłby dojechać na dworzec i odnaleźć peronu. Westchnął
i usiadł na ławce, patrząc na ludzi idących, śmiejących się,
rozmawiających.


I nagle w tłumie zobaczył znajomą
twarz. To Élise, jego francuska przyjaciółka, którą zamierzał
odwiedzić, szła niespiesznym krokiem przez peron. Był pewien, że
to ona, ponieważ rozpoznałby ją wszędzie. Po raz pierwszy
spotkali się na studiach, które oboje odbyli w Anglii. Mimo, że
zakończyli już naukę, to pielęgnowali swoją przyjaźń i
spotykali się przy każdej możliwej okazji. Dziewczyna miała
ładną twarz o delikatnych rysach, inteligentne, jasne oczy, gęste
włosy ułożone w elegancką fryzurkę oraz kształtne, pełne usta.
Jej figurze również nie można było niczego zarzucić. Szła obok
pociągów metra wdzięcznym, leniwym krokiem. Byłą to jedna z tych
rzeczy, które tak bardzo w niej lubił. Cenił w niej również jej
spokojną naturę i wesołe, optymistyczne podejście do życia.


Szybko wstał i machnął do niej
ręką. Ta podeszła do niego i uścisnęła przyjaźnie.


-Co ty tu robisz? – zapytał.


-Postanowiłam zrobić sobie prezent
urodzinowy w postaci wycieczki do Niemiec.


-Serio? A ja chciałem ci zrobić
niespodziankę i przyjechać do Paryża!


-No cóż, kiedy tylko przyjechałam
do Berlina, wiedziałam, że cię tu spotkam.


-Niby skąd?- zapytał szczerze
zdziwiony.


-Znalazłam coś, co chyba należy
do ciebie- odparła z delikatnym uśmiechem na twarzy podając mu
małą, czerwoną książeczkę ze złotym orłem na okładce.

Dodaj komentarz

Share this content